.::ExtremeMoto 2010::.

Wypierdalać. Nigdzie nie jedziemy.
Tymi radosnymi słowami powitał nas Ciacho (vel. Uncle-Fighter) w ubiegłą sobotę 26 czerwca. Dobijała już 7dma kiedy wyjeżdżaliśmy, czyli zgodnie z zaplanowanym terminarzem („Manul, tylko się nie spóźnij, o 6stej wyjeżdżamy już do wawy” – Chupas) ruszyliśmy na podbój stolicy. Cel – Extrememoto 2010.


Kiedy już udało nam się dobudzić Adama, popakowaliśmy się w auta, wsiadłem za kierownicę Mieczysława i ruszyliśmy – na razie w dwa samochody, razem ze Stoną w civicu, bo Audi Ciacha było jeszcze troszkę zabrudzone po piątkowej nocy. Pierwszy przystanek – Grudziądz. Stojąc przy kasie zauważyłem tjuningowe chromowane literki do przyklejenia na furę. Tak oto Mieczysław otrzymał ciekawy emblemat na tylniej klapie (Kut@s). Był to chyba zły krok, bo raczej mnie przez to nie polubił – o tym później.
Dotarła do nas reszta, jedziemy. Część już zaczęła spożywać alkohol, część tylko odnowiła piątkowe upojenie, tylko trójka nas, driverów trzymała się trzeźwo. Po wyjeździe z Grudziądza znów chłopaki zarządzili postój. Spoko, zdarza się, sikanie i jedziemy dalej. Ale po kolejnych 15km znów postój… Po kolejnych znów… Najdłuższy dystans bez pit-stopu jaki zmierzył Stona wynosił ok. 30 km. Tak oto 350 kilometrową trasę pokonaliśmy w ponad 6h, dzięki czemu ominęliśmy już połowę sobotnich kwalifikacji sutenerskich… wróć, stunterskich. Droga mijała powoli, ale ciekawie. Napierdzielanie się kanapkami w trakcie jazdy, fontanny przy sikaniu, ciągłe uzupełnianie zapasów browaru. Na jednej ze stacji na których się zatrzymaliśmy nudziło mi się i zacząłem delikatnie upalać Mietka. Pare rundek wokół placu, prób zerwania przyczepności tyłu, potem pare przegazówek z udawaniem ‘odciny’ i Miecio zwymiotował chłodziwem. Tekst wyjazdu wypowiedział wtedy Spini, kiedy patrząc jak jego auto wywala wciąż płyn ze stoickim spokojem rzekł: „Diesel nie lubi odciny.” Dolaliśmy mineralnej, jedziemy. Temperatura wywala ponad 100st, stop. Znów dolewka, było już dobrze. Dojechaliśmy na teren lotniska Bemowo, gdzie odbywała się impreza.
W oczekiwaniu na drugą turę kwalifikacji konkursu Otomoto Stunt Show kręciliśmy się tu i ówdzie. Troche zmiękczenia, jakaś szamka, niesamowity pokaz FMX, popatrzenie jak zamiata go-cart z silnikiem od k6 600, pokazy driftu (koleś w e30 z silnikiem Supry – pieprzony mistrz!) i pierwsze wrażenia – ale tu kurwa mało wiary. W poprzednich edycjach pierwszego dnia zawsze było więcej ludzi. Czas na stunt. Zajęliśmy miejsca na jednej i niestety jedynej trybunie (pomylony pomysł – trybuna mieściła b. mało ludzi, kilka osób stanęło przy barierkach i nic już nie dało się zobaczyć jeśli wcześniej nie zajęło się miejsca). W drugiej części kwalifikacji startowała ostatnia 15-stka. Poziom – rewelka. Na wielkie brawa zasługuje Kryszpol. W zaledwie kilka miesięcy po przesiadce z Sendy ( a wcześniej z ogara (!!!)) na f3 mimo widocznej tremy i skurczów w rękach pokazał niesamowite show. Stopale bez amora skrętu, BEZ OLEJU W LAGACH (który został na tarczach i klockach) robił takie przody jakie wcześniej pokazywał u nas tylko Simpson. Brawo Łukasz ! Również przesiadka z f4i na r6 była dla Pasia strzałem w dziesiątkę. Oprócz tego co już pokazywał – opanowanie techniczne moto na najwyższym poziome – dodał jeszcze „agresora” – wszystko robił na szybkości, combosy, drifty, stawanie na klatce przy cyrklach. Bajka.
Wspólnie jednak stwierdziliśmy, że ŁukaszFRS w Bydgoszczy pokazał o wiele lepszy przejazd, chociaż ten też był na najwyższym poziomie, za co otrzymał drugie miejsce, przed Pasiem, i uwaga – nie zgadniecie – Stunterem13.
Po ogłoszeniu wyników zawinęliśmy się wraz z Bartem „Baby Face” Bazą, Loczkiem i Panczem po szamę i alko na wieczór. Odebraliśmy klucze do swoich pokoi, ogarnęliśmy się i przeszliśmy do najważniejszego eventu tegoż wyjazdu – MELANŻ. Gruba sprawa. Picie z wydrążonego arbuza, z głębokiego talerza (Pozdro Peter), bicie rekordu guinnessa w niemruganiu… Połowa hotelu była nasza, ciągłe przenoszenie imprezy po pokojach. I co najdziwniejsze – nic nie rozjebaliśmy. Nie wiem czemu coś mi odwaliło i nie polazłem spać, czego żałuję do teraz. 43h bez snu, 5h snu dziś i w momencie kiedy to piszę co chwile głowa spada mi na klawiaturę…
Niedziela.
Chubby-Ass (dawniej Chupas), Macios i Spini spali do 10tej, dzieki czemu znów ominęliśmy pierwszą turę, tym razem finałów. Ruszamy. „wiecie gdzie jechać?” „-nie… Ty prowadź” i takim cudem wyjechaliśmy z warszawy. Abarot, tym razem wy prowadzicie. Po chwili Mieczysław znów dał znak że nie chce abym go prowadził. Przetarty przewód hamulcowy, naprawa na parkingu pod jakimś blokiem, gdzie mieszkańcy uskuteczniali parkowanie w stylu „ale urwał”. Spini – kocham Cię za to że wracałeś w niedzielę Mietkiem a ja mogłem pić. Bynajmniej później już nie strajkował.
Dotarliśmy. Zostało tylko pięciu zawodników. Krótko – każdy dał z siebie wszystko i było to widać, szczególnie popis dał Pasio no i oczywiście Stunter. Opisałbym coś więcej, ale średno już to pamiętam. Potem wcisnęliśmy się pod trybunę sędziowską, gdzie stały rampy do FMX-u. Stunt to jednak zabawa dla dzieci, trzeba mieć jaja żeby trzaskać backflipy lub whipy. Ogłoszenie wyników i zawijamy na chatę. Tym razem droga minęła jakoś szybciej… To nie znaczy że była nudniejsza.
Jeszcze tylko Macios z bratem odstawili mnie na chatę (Dziękuję wam za odwiezienie mimo popsucia planów) i polazłem spać. Aaaa, 43h jazdy, stania w pełnym słońcu, chlania… Ale się wyśpię. I zajebiście, od rana słyszałem tylko ekipę remontową na korytarzu. Kończę – idę spać… Miałem jeszcze wrzucić jakąś gotową klasyfikację końcową, ale i tak na bank będą na motogenie niebawem.
Na koniec jeszcze naszła mnie pewna refleksja. Mimo tego, iż nie widziałem połowy zawodów, to wyjazd uznaje za mega udany. Najważniejsze z kim, nie ważne gdzie. Pozdro dla całej ekipy, ale też dla Lubliniaków, całej bandy scooter-stunt.com i wszystkich z którymi mogłem wypić dobre alko, zażyć dobrego rozmarynu i zabalować przez cały weekend. Do następnego weekendu, szykuję niespodziankę na następną ustawkę.

Text: Manul