.::Sobowidz::.

 

To co działo się przez ten weekend z pewnością nie wyrażą żadne słowa. Tego tak naprawde nie da się opisać można

jedynie spróbować a więc… Zaczęło się spontanicznie, telefon do tego i tego. Pełen luz i ekipa zebrana. Co prawda motocykle odebrane z warsztatu Spiniego w ostatniej chwili po gruntownych metamorfozach i serwisach ale postanowione – lecimy składem na Sobowidz. Nasz zlot zaczęliśmy już w sobotę wieczorem. Polecieliśmy sprzętami do mieszkanka naszego składowego Moto Fanatyka Szkila (Janusza)! W związku z tym że nie byliśmy wcześniej na parapetówie u Szkila, urządziliśmy swoją teamową parapetówe. Impreze rozpoczęliśmy w składzie: Filipo, Chupas, Spini i nasz szef lokalu Szkil. Dojechał też do nas Długi_xx.

 

Wspomagacze lały się w niepoliczalnych ilościach. Impreza rozkręciła się na bardzo zwyrolskim poziomie który jednoznacznie przypieczętował fakt że jesteśmy najprawdopodobniej jedną z najbardziej pogiętych ekip. Drinki i wóda z podłogi,rozdarte kalesony, waciki nasączone alkoholem, kręcenie filmu z sedesa i pełna odcina to tylko nieliczne przykłady zwyrodniałej działalności w czasie tej imprezy. Dołączył do nas również Ciacho który po sobotniej schadzce był w lekkiej niedyspozycji. Gdyby tego było mało następnego dnia wyjeżdżał za granice. Za jego obecność należy mu się wielki szacun, bo pomimo wszystkich przeciwności przybył do nas z regionalną flaszeczką. W krótkim czasie impreza nabrała rozmachu tak że miała ogromny splendor i wydźwięk. (pozdrawiamy sąsiadów Szkila) W pewnym momencie jednak nastąpiło zatarcie na panewce i późno w nocy wspólnie zarządziliśmy sen. Tak zakończyliśmy ciężki dzień pierwszy.

 

 

 

 

Następnego ranka przechodziliśmy lekki kryzys. Zmora wczorajszego dnia nie chciała nas opuścić. Po kawie, śniadaniu oraz zimnym prysznicu zaczęliśmy odzyskiwać żywotność. Jeden z naszych ludzi szczególnie ciężko przechodził kaca. Po prysznicu ręcznik pomylił z scierką od mopa jednak w efekcie doszedł do siebie i był gotowy do drogi.

 

 

 

 

Wyjechaliśmy na miejsce spotkania którym była pobliska stacja. Zebrało się nas kilkunastu i w zwartej ekipie wyruszyliśmy do Sobowidza.

Droga minęła znakomicie a chłodny wiaterek był jak izba wytrzeźwień i obudził nas jak należy. Po dotarciu na miejsce zdziwiliśmy się że przybyło tyle sprzętów. Gdyby tego było mało rider’ów przybywało.


Chrom i nikiel to pierwiastki rakotwórcze wiec unikaliśmy wysmarowanych w tym gównie motocykli, które nie dość że niezdrowe to okrutnie hałasowały dziwnie niskim momentem obrotowym. Spotkaliśmy kilka gości którzy czaili nasz klimat i wymieniliśmy się poglądami które jednoznacznie zmierzały w dobrym w naszym rozumieniu kierunku. Zawiązaliśmy nowe znajomości i koneksje które w przyszłości pozwolą na rozwijanie umiejętności i zwyrodniałej działalności na jeszcze wyższym poziomie.

 

Chupas strasznie się przejmował złym stanem opony na której pozostało jeszcze bardzo dużo bieżnika. Wspólnie po obradach stwierdziliśmy że motocykl zyska przyczepność kiedy z pod gumy wyjdą druty. Nie trzeba było długo czekać i świeżutkie druty lśniły w promieniach wiosennego słońca. Druty w odświeżonej oponie miały jedną wadę – powodowały powolny zanik powietrza w oponie. Ten fakt dodatkowo kac oraz pogarszające się warunki pogodowe zmusiły nas do powrotu. Wracając, z częstotliwością większą niż przewidzieliśmy odwiedzaliśmy przydrożne kompresory. W połowie trasy złapał nas gęsty deszcz – który świetnie obmył motocykle. Wykończeni ale zadowoleni odstawiliśmy sprzęty do garażu. Tak właśnie skończył się ten wyśmienity weekend który w naszej głowie zostawił odmęt wyborowych wspomnień, doświadczeń i wrażeń.

Tutaj krótki filmik z imprezy: